ludzie >> Z muzykiem Tomaszem Jarmużewskim rozmawia Jakub Terakowski
Z yamahą pod pachą
Tomasz Jarmużewski
|
|
|
fot. Mieszko Stanisławski
|
Skąd się wziąłeś w górach, Tomku?
– Pojechałem i zostałem.
A skąd pojechałeś?
– Z Warszawy. Pociągiem osobowym numer 1313. Już od dawna nie ma tego połączenia. Jechało się nim 13 godzin. Wysiedliśmy w Nowym Targu i poszliśmy na Turbacz.
I to był Twój pierwszy szlak?
– Nie, przepraszam – byłbym zapomniał. Nieco wcześniej pojechałem do Zakopanego odwiedzić znajomych. Okazało się, że wcale nie mają ochoty siedzieć na Krupówkach, lecz chcą chodzić po Tatrach.
Cierpiałeś z tego powodu?
– Ależ skąd! Wręcz przeciwnie – zakochałem się w Tatrach, chociaż była paskudna pogoda. Przez całe wakacje świeciło słońce, ale gdy przyjechałem, tym samym zresztą pociągiem numer 1313, to zaczął siąpić deszcz i padał przez tydzień.
Kiedy to było?
– Ponad 20 lat temu.
A teraz więcej po górach chodzisz czy częściej o nich śpiewasz?
– „W górach jest wszystko, co kocham”. W górach miałem dom, taki prawdziwy – z oknami oraz dachem. I góry nadal są moim domem w sercu, wciąż po górach chodzę.
A gdzie stał ten dom z oknami i dachem?
– W Dolinie Danielki koło Chałupy Chemików w Beskidzie Żywieckim.
Dlaczego przeniosłeś się do stolicy?
– „Dla chleba Panie, dla chleba...”. A czy bardziej po górach chodzę, czy gram? Cóż, staram się zachowywać w tym równowagę. Daję temu wyraz, na przykład organizując TAM-y, czyli cykl imprez pod nazwą Turystyczna Awangarda Muzyczna. To spotkania na wpół muzyczne, na wpół turystyczne, na które zapraszamy wykonawców i zespoły z nurtu piosenki turystycznej, poezji śpiewanej oraz innych muzyków obdarzonych podobną wrażliwością. Podczas TAM-ów gramy i wędrujemy na zmianę. To imprezy otwarte, każdy może przyjechać i każdy może wystąpić. W ich koncepcji najważniejsze są spotkania tych, którzy już w górach grali i wędrowali, z tymi, którzy dopiero zaczynają grać lub wędrować.
Gdzie odbywają się TAM-y?
– Organizujemy je za każdym razem w innym miejscu. Na pierwszych TAM-ach szliśmy z gitarami od schroniska do schroniska, grając co wieczór gdzie indziej. Obecnie, ze względu na liczbę uczestników, imprezy te są stacjonarne, lecz bazę mamy zawsze inną. Ostatni, dwunasty już TAM odbył się w Andrzejówce.
Wiem już zatem, że Twoje wędrówki po górach zaczęły się od pociągu numer 1313. A granie?
– Moje granie zaczęło się od tego, że w Wigilię – nie pamiętam już którego roku – zdjąłem gitarę mamy, wiszącą na ścianie i próbowałem ją nastroić, co skończyło się zerwaniem struny. Potem wziąłem jedną lekcję gry na gitarze u Jacka Wasowskiego, gitarzysty Maryli Rodowicz. Jacek zadał mi pracę domową i kazał się zgłosić, gdy ją odrobię. Jeszcze jej nie odrobiłem... To było na początku lat 90. ubiegłego wieku. Poza tym jestem samoukiem, nie mam żadnego wykształcenia muzycznego.
A kiedy i gdzie po raz pierwszy pojawiłeś się w górach z gitarą?
– Nie mam pojęcia, naprawdę nie pamiętam. Może na Hali Łabowskiej? Zacytuję Krzyśka Jurkiewicza z zespołu Słodki Całus od Buby: „Na początku jeździliśmy w góry, aby pochodzić, potem, aby zagrać, a teraz jeździmy na koncerty i nie mamy czasu na góry”.
Jest aż tak źle?
– W moim wypadku było podobnie. Z tym, że w pewnym momencie udało mi się trochę przywrócić właściwe proporcje, bo aby pisać, muszę mieć o czym pisać. Pewnego pięknego dnia doszedłem do wniosku, który zabrzmi niezbyt odkrywczo, lecz dla mnie był olśnieniem, mianowicie, że niebywale istotnym elementem chodzenia po górach jest... chodzenie po górach.
Jak to rozumiesz?
– Zorientowałem się, że coraz częściej bywam w górach, aby odwiedzić znajomych, coś zorganizować, zagrać koncert albo załatwić jakąś sprawę, a coraz rzadziej mam czas na zwyczajną wędrówkę.
(…)
Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”