wrzesień

newsletter

»
 

temat numeru >> Orla Perć

Widziałem Orlej cień

Łukasz Kaźmierczak

Widziałem Orlej cień
Drabinka nad Kozią Przełęczą (2137 m n.p.m.) – kilka szczebli, tysiące mitów fot. Jarosław Tomaszewski

Zdjął swoje stare, wierne drewniaki, postawił stopę na pierwszym z niknących we mgle szczebli drabinki nad Kozią Przełęczą, popatrzył w dół, przeżegnał się i cofnął ze słowami: – Nie ma głupich, nie dam się zabić.

Zupełnie niespodziewanie wokół Orlej Perci rozpętała się ostatnimi czasy nieomal polityczna dyskusja: – Ferrata, tylko ferrata – mówią jedni. – Nie, nie, zdjąć całe to żelastwo, żadnych ubezpieczeń, robimy drugą Słowację, wejście tylko z przewodnikiem – gardłują inni. Do tego włączają się tradycjonaliści, rzucający na szalę historyczne racje i podkreślający niepowtarzalność całego szlaku. Temperatura sporów rośnie, a debata zaczyna niebezpiecznie żeglować w kierunku klasycznego, parlamentarnego: „siecz, kłuj, rąb i tratuj”.
I już, choćby tylko z tego powodu, nie mam najmniejszej ochoty na wdawanie się w jakieś dywagacje na temat wyższości ferraty nad szlakiem łańcuchowym albo na odwrót. Osobiście uważam zresztą, że prawdziwy problem z Orlą Percią tkwi zupełnie gdzie indziej: w ludzkich głowach.
Święcie wierzę, że najlepszą metodą na poprawienie bezpieczeństwa tego miejsca wcale nie są wprowadzenie jednokierunkowości szlaku, rozpięcie stalowej linki czy drakońskie zakazy administracyjne, ale selekcja ducha, ten specyficzny „mental spirit” – jakby powiedziała Anna Czerwińska – czyli właściwe, psychiczne przygotowanie ludzi do pójścia tam w górę, na grań.
Czym więc tak naprawdę ma być ten tekst? Obawiam się, że chyba czymś na kształt rachunku sumienia turysty kwalifikowanego.

Stoicyzm
Myślisz, że w życiu widziałeś już wszystko? Doprawdy? To idź na Orlą Perć. Spotkasz tam ludzkie wynalazki, o jakich nigdy wcześniej ci się nawet nie śniło.
Na przykład bosonogiego Rosjanina, podążającego przez Granaty dziarskim krokiem, zupełnie nieczułego na tortury rumoszu w Żlebie Kulczyńskiego, wprawnie macającego stopnie i swobodnie przeskakującego na kolejne kamienie (ech, nawet teraz, kiedy o tym piszę, mimowolnie rozcieram stopy w poszukiwaniu źródeł domniemanego bólu).
Do dzisiaj zadaję sobie zresztą puste pytania: czy on szedł na „tarcie”? Jakim cudem? W jaki sposób przekonał zakończenia nerwowe swoich stóp do współpracy w takim terenie? Specnaz jakowyś, magik treningu autogenicznego ze stajni Kaszpirowskiego czy jeszcze coś innego?
I proszę mi wierzyć, nie widziałem u niego żadnych ekstra nibynóżek, zakamuflowanych poduszek powietrznych ani nadzwyczajnych zrogowaceń w stylu tolkienowskich hobbitów.
– Taką mam technikę – odpowiedział tylko, indagowany na okoliczność swoich bosych pląsów po skalnej grani.
I oddalił się, pozostawiając mnie w niemej zadumie.
Po owym spotkaniu zahartowałem się na tyle, że dziś niewiele rzeczy jest mnie jeszcze w stanie zdziwić na Orlej – nawet świeża opowieść o niewidomym chłopaku, spotkanym tam przez kolegę kilka tygodni wcześniej. Właściwie to nawet powinienem się spodziewać czegoś w tym stylu, bo swoista „moda” na niepełnosprawnych w górach ogarnęła turystyczny światek już dość dawno temu. Dlaczego więc nie miałaby dotrzeć na ferraty i ich pochodne? I bardzo dobrze, w końcu ktoś zaczął wcielać w życie szczytne hasło „góry bez barier”.

Flegmatyzm
A skoro żadnych barier, to nie może być ich także dla zakonnic w powiewających na wietrze habitach, szykujących się do forsowania osławionej drabinki nad Kozią Przełęczą. Dla takiego widoku naprawdę warto było przerwać wędrówkę w kierunku Kozich Czub, usiąść i obserwować dalszy bieg wydarzeń. Dziwne, ale od samego początku byłem pewien, że owe eremickie zapasy z przeszkodą to będzie bułka z masłem. No i nie pomyliłem się – siostrzyczki pokonały drabinkę lekko, z gracją, stylowo, z wprawą godną samego Jana Długosza albo jeszcze lepiej
– krakowskich Pokutników. O tak, czegoś równie niespodziewanego doświadczyć można chyba tylko na Orlej. A może się mylę? To dlaczego w takim razie spotykam tam ciągle ludzi jakby nieco odklejonych od rzeczywistości?
Na przykład człowieka z parasolem, który rączką zahaczał o klamry w pięknym, ukośnym kominku w Orlej Baszcie. Świetnie wyekwipowany – wysokiej klasy oddychająca odzież turystyczna, markowe buty, wystająca z plecaka rurka CamelBacka. Tylko ten parasol… I to nie żadne tam udziwnione, wspinaczkowe ustrojstwo, ale zwykłe, reklamowe barachło z nadrukiem bodajże jednej z sieci stacji benzynowych. Ów dżentelmen jakby żywcem wyjęty z „Klubu Pickwicka” miał tylko jedną odpowiedź na moje wątpliwości: – Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci młody, niedoświadczony człowieku, w górach trzeba być zawsze gotowym na niepogodę.
Hmm..., a masz jeszcze jakieś inne, równie celne uwagi Wujku Dobra Rado? Na przykład, co należy zrobić podczas spotkania z rozjuszonym buhajem, nacierającym od strony podciętego Żydowskiego Żlebu w kierunku Zmarzłej Przełączki Wyżniej? Mowa o przerośniętym człowieku-demolce, o którym już kiedyś wspominałem na łamach „n.p.m.”, rozdającym kuksańce każdemu, kto ośmielił się spojrzeć na jego towarzyszkę w lamparcim anturażu. A zaiste było na co popatrzeć: spalona solarycznym słońcem twarz Fatimy spod Wołomina wspaniale kontrastująca ze śniegiem zalegającym w żlebie. Absolutna biel i czerń. A w tle tego wszystkiego grało podwójne, łańcuchowe staccato – tych w ręce i tych grubszych – na ręce…

(…)

Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”

Wyślij artykuł znajomemu »